Mtirala National Park – Missing in action

IMG_2894Park Narodowy Mtirala, leży 22km na wschód od Batumi pomiędzy trzema adżarskimi dystryktami: Kobuleti, Keda oraz Khelvachauri. Prawię cały obszar parku zajmuje liściasty las typu kolchidzkiego będący reliktem okresu trzeciorzędu. W jego zróżnicowanej faunie występuje 284 endemicznych gatunków roślin oraz jest miejscem zamieszkania dzikich zwierząt i różnorakiego ptactwa, przez co staję się nie lada gratką dla ornitologów. Zwiedzanie parku umożliwiają dwie trasy: krótsza o długości 3,5km oraz dłuższa, którą można przemierzyć również konno o długości 15km.

DAY 5 – synday 30.09.12
Visited places: Narodowy Park Mtirala, Batumi

Początek naszej podróży do Narodowego Parku Mtirala rozpoczynamy od postoju taksówek w Chakvi. Stąd najbliżej do terytorium parku. Ponieważ w chwili obecnej nie kursują tam żadne marszrutki, a i nie zapowiada się na to by w ogóle tam jakaś dzisiaj jechała, na środek transportu wybieramy jedną z miejscowych taksówek. Po kilkuminutowych negocjacjach (w, których problemem raczej była bariera językowa aniżeli cena przejazdu), ruszamy białą ładą typu sedan w stronę gór. Muszę tu nadmienić, że w dobijaniu targu pomagało całe miejscowe bractwo taksówkarskie. U sympatycznych kierowców brak było jakichkolwiek oznak rywalizacji o klienta między sobą, a wręcz przeciwnie. Każdy starł się pomóc w tłumaczeniu swojemu koledze dokąd chcemy się udać.

IMG_2783

Taxi rank in Chakvi

Asfaltowa droga po jakimś czasie zmienia się szutrową i wjeżdżamy górski, leśny obszar. Radziecka łada nie bez kozery nazywana była gniotsa nie łamiotsa . Ku naszemu zaskoczeniu samochód z łatwością pokonuje strome i wyboiste podjazdy. Również przecinające w poprzek, spływające z góry strumienie, powstałe po kilkudniowych opadach nie stanowią dla niego problemu. Po kilkudziesięciu minutach jazdy docieramy do Visitor’s Centre będącego startem obu tras wgłąb parku. Za pomocą gestów i konwersacji polsko-rosyjskiej – średnio zrozumiałej dla obu stron – jakoś się dogadujemy. My ruszamy na spacer, a kierowca czeka do naszego powrotu. Zapłaciwszy z góry oraz pozostawiając w samochodzie zbędne rzeczy typu pokrowiec na aparat wybieramy się na wędrówkę pod wodospad. Według mapy jest to krótsza trasa nr.1 o długości 3,5km, której przejście zajmie ok. 2 godzin. Porównując dystans do czasu przejścia bez obaw powinniśmy zdążyć przed umówionym z taksówkarzem terminem. Już na samym starcie błędnie obieramy ścieżkę wiodącą wzdłuż prawego brzegu rzeki Chakvistavi. Na szczęście pomyłka ta nie przynosi dla nas przykrych konsekwencji ponieważ dzięki niej mamy możliwość zamienienia paru słów z miejscowymi, napotkanymi w najbliższym gospodarstwie.

IMG_2831

Mtirala National Park

Kolejną nieplanowaną atrakcją okazuje się przedostanie się na drugi brzeg rzeki. O tym fakcie informuję nas schodzący z góry Gruzin. Na początku trochę nieufnie podchodzimy do jego wyjaśnień, że podążamy niewłaściwą drogą. Wąski, drewniany most nad górską rzeką prędzej mógłby służyć do filmowej scenerii którejś z części Zaginionego w akcji, aniżeli być częścią fakultatywnych wycieczek organizowanych przez biura podróży. Jako, że z takowych ofert przeważnie korzystają klienci w podeszłym wieku, słowa napotkanego przechodnia tym bardziej nas nie przekonują. Jednak tym razem poza nim i nami na szlaku nie było żywej duszy co by się upewnić, więc chcąc nie chcąc musimy mu zawierzyć. Jak się potem okazało miał on absolutną rację a przejście przez most dostarczyło masę adrenaliny.

IMG_2832

Bridge over Chakvistavi

Ogólnie trasę nr.1 można zaliczyć jako średnio trudną. Jej właściwa ścieżka wiedzie wzdłuż lewego brzegu Chakvistavi w otoczeniu przebogatej roślinności: ogromnych paproci, rododendronów, kasztanowców i innych drzew z nazw nam nie znanych spowitych ekspansywnym bluszczem. Im wyżej tym roślinność coraz gęstsza. Ostatnie 400 metrów od punktu informacyjnego zaznaczonego na mapie, to już istna dżungla zwieńczona kilkunastometrowym wodospadem. Po dłuższej sesji zdjęciowej na tle wodospadu wracamy z powrotem.

IMG_2878

Waterfall

Na dole czeka na nas taksówkarz wraz z spotkanym na górze Gruzinem. W czwórkę zabieramy się do Chakvi, zatrzymując się jeszcze po drodze, w celu napełnienia paru butelek wodą z pobliskich źródełek. Według gruzińskich kompanów jest ona bardzo zdrowa i na pewno nam nie zaszkodzi. W drugiej części dnia udajemy się do Batumi. Tym razem zwiedzamy okolice portu oraz mniej reprezentacyjną część miasta. Jak się okazuje sporą atrakcją dla miejscowych jest wędkowanie w morzu bezpośrednio z brzegu oraz gra przypominająca szachy.

IMG_2924

Port in Batumi

Wieczorem , zahaczamy jeszcze do Kobuleti w celu zakupienia biletu na jutrzejszą wyprawę. Interesuje nas Swanetia i Mestia. Choćby na ten jeden dzień by poczuć klimat gór Kaukazu. Zaczynamy od dworca kolejowego. Jak się okazuję jest intratna propozycja kuszetką do Tibilisi. Nawet w rozsądnej cenie, ale niestety po drodze pociąg ten nie zatrzymuje się w żadnym mieście leżącym na drodze do Mesti. Tak więc pani z informacji radzi nam by zapytać na marszrutkach. Na marszrutkach brak jakichkolwiek tabliczek z napisami Mestia. Jutrzejszy świąteczny dzień jakim w Gruzji jest poniedziałek, a do tego wybory rządowe nie napawają optymizmem na znalezienie chętnego w daleką podróż. Jeden z kierowców mówi by zapytać w „office” wskazując palcem na drzwi niskiego budynku. A więc, upewniwszy się jeszcze dwóch pań siedzących pod parasolkami przed wejściem czy to biuro informacyjne busów i marszrutek wchodzimy do środka. W środku niewielkie pomieszczenie – cztery nagie ściany, biurko, dwa krzesła, a pod nogami surowa wylewka. I cisza. Po jakimś czasie zjawia się mężczyzna i siada za biurkiem. Jako petent siadam naprzeciwko na drugim wolnym krześle. Hasło – Swanetia, Mestia, tomorow. W informacji zwrotnej otrzymuje potok słów w jakimś drażniącym ucho dialekcie, z którego nie jestem w stanie wywnioskować czy to pytanie czy twierdzenie.

IMG_2793

Evening in Kobuleti

Czuję, że będzie ciężko. Tak samo pewnie myśli Gruzin odpalając papierosa. Powtarzam zagadnienie. Niestety Gruzin należy chyba do adżarskich ortodoksów. Ni w ząb nie rozumie angielskiego, rosyjskiego chyba też, a tym bardziej nie umie odczytać liter naszego rodzimego alfabetu. Mimo to rozmowa jakoś się toczy. W międzyczasie mężczyzna wyciąga telefon i dzwoni. Rozmawia z kimś energicznie po czym odkłada telefon i zapala papierosa. Nie mówi nic. Ja tez się nie odzywam czekając na informację po jego telefonie. Ta długa cisza powoli staje się być irytująca. Na ścianach nie ma nic, na czym można oko zawiesić – chociaż by jakiegoś rozkładu jazdy, który to w tym miejscu przecież powinien się znajdować. Tak więc siedzę i czekam wpatrując się w żar papierosa. Szkoda, że rzuciłem – myślę sobie. Do Ewy też się nie odzywam bo tak dziwnie przerywać tę cisze. Po skończeniu papierosa Gruzin wyciąga drugi telefon i znowu rozpoczyna się energiczna rozmowa. Pada słowo Zugdidi. Nie wiem gdzie to jest, ale chyba musi być gdzieś po drodze. Wracamy do rozmowy podpieranej zapiskami liczb na kartce. Uzgadniamy – jutro o 7.45 przyjedzie marszrutka, która zawiezie nas do Zugdidi. Jesteśmy za. Płacimy, Gruzin chowa fajki i telefony dając znać, że audiencja zakończona, kiedy nagle…… hola, hola. Gdzie ta marszrutka przyjedzie skoro nie wiesz gdzie mieszkamy ? I znowu zaczyna się długi dialog. Wreszcie chyba dogadaliśmy się. Jutro z rana przyjedzie pod nasz hotel marszrutka, która zawiezie nas do Zugdidi. A jeśli nie przyjedzie to nie dlatego, że Gruzin chciałby nas oszukać, lecz tylko dlatego, że mogliśmy się nie zrozumieć. Tak więc jutro Swanetia, Mestia, szczyty Kaukazu, kamienne twierdze. Zapowiada się dzień pełen wrażeń.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>